Menu
VideoParlament
VideoParlament Polska polityka w jednym miejscu — pobierz aplikację
Pobierz
VideoParlament
VideoParlament dla Windows Pobierz aplikację desktopową — powiadomienia o nowych wystąpieniach
Pobierz
Radosław Sikorski: 28 lutego 2026 może być punktem zwrotnym

Radosław Sikorski: 28 lutego 2026 może być punktem zwrotnym

Radosław Sikorski ostrzega, że naloty z 28 lutego 2026 mogą oznaczać przełom w systemie międzynarodowym. W swoim wystąpieniu wskazuje na złożone wyzwania geopolityczne, technologiczne i społeczne oraz konsekwencje dla Polski.

Główne tezy


Radosław Sikorski zwraca uwagę, że współczesne wydarzenia - w tym amerykańsko-izraelskie naloty na Iran - mogą trafić do przyszłych podręczników jako punkt zwrotny. Podkreśla, że zmiana systemu międzynarodowego będzie najpoważniejsza od upadku ZSRR i wymaga refleksji nad dalszym kształtem globalnego porządku.

Geopolityka i instytucje


Sikorski wskazuje, że układ sił, który przez dekady wydawał się stabilny, przestaje odpowiadać rzeczywistości. Instytucje powstałe po II wojnie światowej nie nadążają za przemianami, co prowadzi do erozji legitymizacji systemu i rosnącej skłonności niektórych państw do działania poza regułami.

Technologia jako źródło nadziei i ryzyka


W wystąpieniu podkreślono tempo rozwoju sztucznej inteligencji i mocy obliczeniowej jako czynnik zmieniający sposób prowadzenia wojny, gospodarkę i życie społeczne. Kontrola infrastruktury cyfrowej, dostęp do zaawansowanych modeli AI i rywalizacja o surowce stają się nowymi polami konfliktu.

Radosław Sikorski — moment z wystąpienia: Radosław Sikorski: 28 lutego 2026 może być punktem zwrotnym (09.04.2026)

Konsekwencje dla Polski


Sikorski argumentuje, że Polska, jako państwo średniej wielkości, ma najwięcej do stracenia w świecie, gdzie dominuje logika siły. Z tego powodu konieczne jest umacnianie przewidywalności, stabilności prawnej i rola Unii Europejskiej jako gwaranta reguł, które chronią mniejsze państwa przed arbitralnymi działaniami silniejszych.

Udostępniamy tysiące materiałów, by polityka była przejrzysta i odporna na manipulacje. Widzisz błąd? Zgłoś go — razem budujemy rzetelne archiwum polskiej polityki.

Tego samego dnia Wszystkie wystąpienia z tego dnia →

Transkrypcja
Szanowni Państwo, dziękuję za zaproszenie. Muszę powiedzieć, że jestem pod olbrzymim wrażeniem w tej sali. Czuję się nie jak minister, tylko jak biskup. Dziękuję za miłe słowa ze strony Pana Prezydenta. A skoro powiedział o wolności i solidarności, to chcę tylko przekazać, że jednym z moich ulubionych filmów, niedocenioną perełką polskiej kinematografii, uważam jest film 80 milionów. O tym, co Solidarność robiła tutaj we Wrocławiu. A przechodząc do Homilii. Szanowni Państwo, jestem pasjonatem historii i wiem z doświadczeń, że studiując przeszłość, często szukamy momentu, który zmienia jej dziejów i rozpoczyna nową epokę. Przeważnie zresztą widać to dopiero z perspektywy. I zwykle zmiana następuje pod wpływem wielu czynników łącznie doprowadzających do przełomu. Można wskazać w historii konkretne decyzje przemówienia bitwy, po których stawało się jasne, że świat nie był już taki sam. Zabójstwo Cezara, odkrycie Ameryki, wynalezienie maszyny drukarskiej, pierwsza linia kolejowa, udany test bomby atomowej. Przypuszczam, że także nasze czasy przyszłe podreczniki historii opiszą jako moment wyjątkowo. Nie jako jedną z wielu korekt kursu, ale jako głęboką zmianę systemu międzynarodowego. Najpoważniejszą od upadku Związku Radzieckiego. A punktem zwrotnym, na który być może wskażą przyszli historycy, będzie 28 lutego 2026 roku, czyli początek amerykańsko-izraelskich nalotów na Iran. Nie jesteśmy jeszcze w stanie powiedzieć, jak długo potrwa ta konfrontacja, chociaż mam nadzieję, że wszyscy uważamy, że bardzo dobrze, że mamy w tej chwili rozy. I czy ograniczy się do obecnego regionu. Już pokazała nam jednak wyzwania, o których dotychczas rozmawiano raczej w zaciszach gabinetów, albo pisano w specjalistycznych magazynach dla wąskiej grupy odbiorców. Do tych wyzwań należą m.in. kryzys zaufania w relacjach Stanów Zjednoczonych z sojusznikami, i to nie tylko europejskimi. Poważne ograniczenia sprawczości, nawet największych potyk wojskowych. Głębokie uzależnienia gospodarek od stabilnych dostaw energii i surowców krytycznych oraz łatwość zachwiania tej równowagi, co widzieliśmy w ostatnich dniach. Wojna na Bliskim Wschodzie to jednak nie przyczyna, ale przejał znacznie głębszego kryzysu. Składa się na niego kilka potężnych procesów, które razem dają skutek rewolucyjny. Po pierwsze geopolityka. Układ sił, który przez dekady wydawał się stabilny, przestaje odpowiadać rzeczywistości. Mamy do czynienia z szybkim wzrostem znaczenia jednych regionów i stagnacją, a czasem regresem innych. Instytucje globalne ewidentnie nie nadążają za tą zmianą. System, który znamy, powstał w zupełnie innych okolicznościach. Wiele dzisiejszych państw nie było wówczas suwerennymi podmiotami. Inne nie miały realnej możliwości walki o własne interesy. Od czasu powołania Organizacji Narodów Zjednoczonych minęło niemal tyle czasu, co od upadku powstania styczniowego do zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. A to przecież zupełnie inne rechoki. Nikt rozsądny nie twierdziłby, że świat z 1864 roku i 1945 powinien opierać się na tych samych zasadach i instytucjach. Dlaczego więc oczekujemy, że porządek zbudowany po II wojnie światowej sprawdzi się w epoce AI i humanoidalnych robotów? Efektem niedostosowania instytucjonalnego jest postępująca delikitymizacja systemu. Państwa wschodzące nie chcą go bronić, bo nie czują się jego beneficjentami. Państwa dotychczas dominujące mają coraz mniejsze zasoby, by go podtrzymać. W rezultacie cała struktura zaczyna trzeszczeć jak przeciążony most. Po drugie – technologia. Tempo zmian technologicznych, jakie dziś doświadczamy i na pewno o tym usłyszymy podczas konferencji, przyprawia o zawód głowy, szczególnie w obszarach sztucznej inteligencji oraz komputerowych mocy obliczeniowych. I to nie jest kolejna faza, fala innowacji. To jest zmiana jakości oka, która wpływa na każdy aspekt życia. Od medycyny przez edukację, twórczość artystyczną po logistykę i, jak widzimy w Ukrainie, sposób prowadzenia wojny. Z jednej strony żywimy ogromne nadzieje. Możliwe są przełomowe odkrycia w leczeniu chorób, optymalizacji systemów energetycznych, uwalnianiu kolejnych pokładów ludzkiego potencjału. Z drugiej strony ogromne jest ryzyko. Rywalizacja o zasoby kluczowe dla rozwoju technologii, półprzewodniki, dane, energię już staje się jednym z głównych pól konfliktu między państwami. Pytanie o to, kto kontroluje infrastrukturę cyfrową, kto ma dostęp do najbardziej zaawansowanych modeli AI, kto ustala standardy, także np. w mediach społecznościowych, to pytania o władztwo. Dodatkowo pojawia się problem kosztów społecznych. Automatyzacja, rewolucjonarka pracy, koncentracja kapitału i wiedzy w rękach niewielkiej liczby podmiotów i ludzi. To wszystko generuje niespotykane od dawna napięcie. Tym samym dochodzimy do trzeciej kategorii procesów społecznych. Weźmy przykład Stanów Zjednoczonych. Jeśli spojrzymy na najczęściej analizowane wskaźniki ekonomiczne, np. PKB na głowę mieszkańca, okaże się, że nawet najbiedniejsze Stany, Alabama, Mississippi, wypadają lepiej niż tak rozwinięte kraje jak Japonia, Korea Południowa czy ogromna większość państw europejskich. A przecież jakość życia w Europie jest pod wieloma względami wyższa. Coś jest nie tak z tymi statystykami. Oczekiwana długość życia, ograniczenie śmiertelności noworodków, dostęp do opieki zdrowotnej, jakość edukacji publicznej. W każdym z tych obszarów kraje starego kontynentu osiągają dobre wyniki. Często lepsze. Ogrom bogactwa wytwarzanego w Stanach Zjednoczonych nie przekłada się automatycznie na dobrobyt zwykłych obywateli. Amerykanie słyszą, że żyją w najpotężniejszym i najbogatszym kraju świata. I w pewnym sensie jest to prawda. Ale wielu z nich tego nie doświadcza. Widzą natomiast, że ich sojuszniczy cieszą się wyższym standardem życia i dodatkowo korzystają z amerykańskiego parasola bezpieczeństwa. Argument, zgodnie z którym międzynarodowe zaangażowanie USA służy projekcji siły i pozwala na utrzymanie globalnej dominacji tego kraju, jest dla wielu zwykłych Amerykanów abstrakcyjny. Nie ma nic wspólnego z codziennymi problemami i wielu z nich nie przekonuje. Roźnik między mocarstwową retoryką a indywidualnym doświadczeniem rodzi frustracji, a ta przepada się na wybory polityczne. Motywacje wyborców są różne. Jedni chcą odzyskać kontrolę nad światem, który stał się zbyt skomplikowany i nieprzewidywalny. Inni uważają, że są niesprawiedliwie traktowani. Jeszcze inni czują, że nie mają już wiele do stracenia. Motywacje są różne, ale odpowiedź jest podobna. Chęć wysadzenia fundamentu dotychczasowego ładu, tak we własnych krajach, jak i na świecie. Dotychczasowe tabu przestają obowiązywać. Użycie siły, niegdyś postrzegane jako dowód porażki wysiłku dyplomatycznych, dziś staje się sposobem na zmiękczenie przeciwnika. Wola do zawarcia kompromisu nie jest już przejawem dojrzałości, zresztą my w Polsce uważamy kompromis za coś kłopotliwego, a nawet wstydliwego, ale oznaką słabości, którą należy wykorzystać. Stosunki międzypaństwowe są coraz częściej postrzegane jako gra po sumie zerowej, gdzie nie ma miejsca na obopólne korzyści, tak jak to jest w paradygmacie Hanfu. W paradygmacie o sumie zerowej zysk jednego to strata drugiego. Dobrze pójął to prezydent Donald Trump, który już wiele lat temu mówił, cytuję Nie wierzę w sytuację win-win, wierzę w I win. Co to oznacza dla Polski? Odpowiedź jest prosta. Mamy bardzo dużo do stracenia. Ten poprzedni system był dla nas bardzo dobry przez te ostatnie 35 lat. W ciągu tych dekad dokonaliśmy ogromnego skoku rozwojowego. Przeszliśmy drogę od kraju peryferyjnego do jednego z największych graczy w Unii Europejskiej. Zbudowaliśmy gospodarkę zintegrowaną z globalnymi łańcuchami wartości. Skorzystaliśmy na stabilności systemu międzynarodowego. Ale jednocześnie pozostajemy krajem średniej wielkości. A to oznacza ograniczone możliwości samodzielnego kształtowania otoczenia międzynarodowego. W świecie, w którym dominującą zasadą staje się siła, najlepiej radzą sobie oczywiście najsilniejsi, do których my nie należymy. To truizm, ale zbyt często ignorowany. Średnie mniejsze państwa potrzebują przewidywalności, stabilności prawnej, instytucji, które ograniczają arbitralne działania silniejszych. Takich jak Unia Europejska i Sąsiad Unii Europejskiej. Nie oznacza to, że dotychczasowy system międzynarodowy był pozbawiony wad. Jak każdy twór ludzki nie był idealny. Ale możemy się do niego przybliżać lub od niego oddalać. Dla takich państw jak Polska ten kierunek podróży jest fundamentalny. A dziś niestety tryfujemy w stronę chaosu. Niektóre kraje i organizacje zakładają, że w takich warunkach rozkwitną. Że brak reguł pozwoli im działać swobodniej. Że wejdą w rolę pośredników między mocarstwami i że wykorzystają szary strefę. To jest pewien plan. Uważam iluzoryczny. Bo jak powiedział kiedyś Mike Tyson. Każdy ma plan. Dopóki nie dostanie w twarz. W świecie chaosu cios może przyjść z każdej strony. Nawet najsilniejsi często nie są w stanie zapanować nad jego konsekwencjami. Wojna w Iranie, oby już się kończyła, była tego niezłym przykładem. O co więc toczy się gra? O to jaki będzie ten nowy, czy też odnowiony porządek globalny. Czy będzie to system oparty na trwałych sojuszach, regułach, instytucjach, przewidywalności? Czy raczej świat fragmentaryczny? Oparty na strefach wpływów, technologicznych blokadach, doraźnych dealach i takimi wyspami bezpieczeństwa, czy też może zamkami wśród dżungli. Czy technologia będzie narzędziem współpracy i rozwoju, czy głównym polem konfliktu? Czy społeczne frustracje zostaną opanowane poprzez reformy przywracające poczucie kontroli i sprawiedliwości społecznej? Nigdy nie sądziłem, że użyję tego terminu, ale nierówności stały się zbyt duże. Czy też będą eskalować, podważając stabilność państw? Czy będziemy mieli ograniczenie polaryzacji, czy eskalację polaryzacji? I wreszcie, czy średnie i mniejsze kraje będą miały przestrzeń do rozwoju, czy też zostaną uznane za zasów większych krajów i zepchnięte na margines przez logikę siły? Dla polityków oznacza to konieczność myślenia w kategoriach długoterminowych, a nie tylko reakcji na bieżące kryzysy, czy na cykl wyborczy. Dla tradycyjnego biznesu konieczność uznania ryzyk geopolitycznych w modelach działania. Dla firm technologicznych ogromną odpowiedzialność.