Menu
VideoParlament
VideoParlament Polska polityka w jednym miejscu — pobierz aplikację
Pobierz
VideoParlament
VideoParlament dla Windows Pobierz aplikację desktopową — powiadomienia o nowych wystąpieniach
Pobierz
Piotr van der Coghen broni szkół przetrwania po akcji GOPR

Piotr van der Coghen broni szkół przetrwania po akcji GOPR

Piotr van der Coghen skomentował medialne doniesienia o Wrocławskiej Szkole Przetrwania i obronił organizatorów oraz uczestników, oceniając potępienie jako niesłuszne. Podkreślił, że interwencja bieszczadzkiego GOPR była właściwa i że takie inicjatywy mają wymiar wychowawczy, choć niosą ryzyko.

Ocena wydarzenia


Piotr van der Coghen uznał, że organizacja biwaku nie była idealna i można było przygotować go lepiej - bliżej schroniska, z większą kontrolą pogody i częstszym kontaktem z młodzieżą. Niemniej per saldo ocenił wyprawę jako udaną, wskazując, że organizator w porę wezwał pomoc i dzięki sprawnej akcji bieszczadzkiego GOPR nic nikomu się nie stało.

Kontekst wychowawczy


Mówca porównał dawny sposób wychowania, gdy młodzież była zahartowana ciężką pracą i warunkami, z dzisiejszym „cieplarnianym” stylem życia. Zwrócił uwagę, że młodzi ludzie potrzebują silnych wrażeń i że szkoły przetrwania czy sporty górskie mogą być zdrową alternatywą dla negatywnych zachowań, choć zawsze wiążą się z realnym ryzykiem.

Koszty i bezpieczeństwo


Van der Coghen przypomniał, że ratownictwo górskie jest częściowo finansowane przez państwo i generuje koszty, ale społeczeństwo powinno je akceptować jako inwestycję w młodzież. Ostrzegł przed sytuacją, w której obawa przed sankcjami powstrzyma młodych przed wezwaniem pomocy, co mogłoby prowadzić do tragicznych konsekwencji.

Podziękowania dla ratowników


Wypowiedź zawierała wyrazy ogromnego szacunku dla bieszczadzkich ratowników GOPR; mówca podkreślił, że na nich zawsze można liczyć i że ich interwencja była kluczowa dla bezpieczeństwa uczestników.

Udostępniamy tysiące materiałów, by polityka była przejrzysta i odporna na manipulacje. Widzisz błąd? Zgłoś go — razem budujemy rzetelne archiwum polskiej polityki.

Tego samego dnia Wszystkie wystąpienia z tego dnia →

Transkrypcja
Panie Marszałku, Wysoka Izbo. Od kilku dni jesteśmy epatowani doniesieniami medialnymi potępiającymi w czambu organizatorów i uczestników Szkoły Przetrwania, której pomocy musiał udzielić Bieszczawski GOPR. Uważam, że tak totalne potępienie jest niesłuszne, a sprawa jest bardziej złożona niż się to niektórym wydaje. Zacznę więc od początku. Problem w tym, że w nowoczesnym europejskim społeczeństwie staramy się dzieciom przychylić nieba. Jeszcze 50 lat temu noszenie z piwnicy ciężkich wiadr z węglem, aby palić w piecach należało do zadań młodzieży. Podobnie na wsi, kidanie gnoju spod bydła i noszenie ciężkimi wiadrami wody ze studni było wówczas normalnym, codziennym obowiązkiem każdego małolata. Młodzież biegała na mrozie w gumowcach, jeździła z ojcem saniami do lasu, na cały dzień mroźny i nikt nie znał pojęcia termosu z gorącą herbatą. Ludzie byli wówczas siłą rzeczy mocniejsi, bardziej zahartowani i odporni na złe warunki atmosferyczne. Dziś telewizja satelitarna i komputery są standardowym wyposażeniem większości domów. Szczyty popularności biją fast foody. Dzieci już nie brną do szkoły kilometrami w kopnym śniegu, zmuszone do orientowania się po drzewach w zabieje śnieżnej mgle. W miastach mają do dyspozycji komunikację miejską, z kolei tym na wsiach gminy organizują dobóz busami. Żyje się dziś zdecydowanie łatwiej, ale wszystko ma swoją cenę. Mieszkając w tak cieplarnianych warunkach, młodzież reaguje szokiem na każdy brak ułatwień, do których jest przyzwyczajona. Lament podnosi się, gdy zabraknie wody w kranach albo gdy stanie winda, a już awaria energii elektrycznej doprowadza wszystkich do depresji. Prawda jest taka, że chowając dzieci w dobrych warunkach, mimowolnie kształtujemy osoby bezradne, zupełnie nieprzygotowane, aby stawić czoło problemom życia i gwałtowności nieprzewidywalnych zdarzeń. Jakby tego było mało, nastolatki z upływem czasu potrzebują silnych wrażeń. Niestety najłatwiej jest sięgnąć po alkohol i narkotyki. Przeżyć emocje okradając samochody na osiedlowym parkingu, albo pójść ze starszymi kumplami na mecz, żeby obrzucać policjantów kamieniami. Można też, choć to znacznie trudniejsze, sięgnąć po zdrowe emocje, jakie dają góry. Można zafascynować młodzież narciarstwem, wspinaczką, grotoważeniem, szkołami przetrwania. Pamiętajmy jednak, że wszystko to, co daje adrenalinę i choćby nie wiem jak pozytywne emocje, niesie ze sobą także realne ryzyko niepowodzenia i wypadku. Są to relacje wprost proporcjonalne. Im więcej emocji, tym więcej ryzyka. Jeśli więc wychowanie nastolatków oferowane przez szkołę przetrwania uznamy za godne polecenia, to policzmy również koszty. Są nimi na pewno wydatki rodzin finansujących uczestnikom takich wypraw, ekwipunek i udział w szkoleniach. Jest jeszcze jeden koszt. Koszt, o którym się na co dzień nie mówi. Jest nim bezpieczeństwo, które w Polsce finansowane jest w 50% przez państwo, a realizowane przez profesjonalne jednostki ratownictwa górskiego, GOP lub TOPR, powołane do udzielania pomocy, gdy w górach kogoś spotka pech. Jednostki ratujące turystów, taterników, grotowazy, narciarzy pozatrasowych, czyli wszystkie, którzy lepiej lub bardziej przygotowani, pojawili się w górach głodni przygody. I tak przechodzimy do merytum sprawy. Czy organizacja bieszczadzkiej wyprawy Wrocławskiej Szkoły Przetrwania była idealna? Z pewnością nie. Można było ten biwak zorganizować inaczej, bliżej schroniska, co ułatwiło ewakuację. Można też przewidzieć, że było załamanie pogody. Można było bardziej interwencyjny kontakt utrzymać z młodzieżą. Można było jeszcze kilka rzeczy zrobić lepiej. Niemniej per saldo wyprawa była udana. Młodzież ta, zaprawiona przecież w biwakach, poznała prawdziwą grozę gór. Przeżyła zimowe załamanie pogody, zadymkę i mróz. Zobaczyła, co wichura jest w stanie zrobić z ludźmi i z namiotami. Na szczęście organizator, oceniając sytuację jako pograczającą się, w pora zareagował i wezwał pomoc. Dzięki sprawnej akcji bieszczadzkiego GOPR-u nic się nikomu nie stało. A że taka akcja ratownicza generuje koszty? A kto powiedział, że nie? A pomoc strażaków i medyków podczas każdego wypadku drogowego nic nie kosztuje? Przeciwnie, bardzo dużo. Uważam więc, że jeśli społeczeństwo stać na wozu strażackie za miliony, to uniesie ten koszt wypraw ratunkowych po nasze dzieciaki szukające przygody i odwagi w górach. Warto sobie uzmysłowić, że jest to inwestycja. Prawie taka sama jak każda inna. Stąd tylko różnicą, że to inwestujemy w naszą młodzież. W jej tę rzyznę fizyczną, odwagę, hard ducha. Jeśli nie chcemy mieć w szkołach wyłącznie chuliganów albo mięczaków, musimy popierać tego typu inicjatywy. Nawet jeśli są związane z pewnym ryzykiem. Warto też pamiętać, że ta młodzież nie poszła w góry w klapkach ani w szpilkach. Na swój sposób była dobrze przygotowana do wyprawy. Miała śpiwory, namioty, łopaty śnieżne, kuchenki na gaz i rakiety. Co ważne, miała ze sobą telefon komórkowy i GPS, dzięki którym mogła podać ratownikom swoje namiary, gdy sytuacja zaczęła ich przerastać. Pokonał ich mróz i wichura, których nadejścia nie umieli przewidzieć, a która przerosła ich możliwości. Dlatego poprosili o pomoc profesjonalistów, bieszczadzkich goprowców, dla których taka pogoda to nie pierwszyzna. Nie potępiajmy więc takich inicjatyw. Nie powodujmy sytuacji, żeby młodzi ludzie wcale nie wyruszali w góry, albo co gorsza wyruszali, ale bali się wezwać w porę ratowników, obawiając się konsekwencji. Bo wówczas, przy spóźnionym alarmie pomoc gopr może przyjść za późno i wszystko może skończyć się prawdziwą tragedią. I jeszcze jedno. Ogromny szacunek dla bieszczadzkich ratowników gopr. Na Was zawsze można liczyć. Dziękuję.